„W stronę Swanna” – Marcel Proust

Ocena: 8/10

Pierwszy tom quasi-autobiograficznego cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu”. Rozkładanie rzeczywistości na czynniki pierwsze, ale lektura nie dla każdego. Na pewno niebanalny utwór i dla tych którzy chcą poczytać coś niedającego się porównać z żadną inną książką – nieliniowa fabuła, dekonstrukcja każdej ludzkiej interakcji i wgląd w umysł na granicy obłędu, zakochania i przesadnej emocjonalności.

Moje notatki

O sterowaniu swoją inteligencją do rozumienia czemu smak jest tak przejmujący:

„Żądam od swojej inteligencji jeszcze jednego wysiłku: każę jej jeszcze raz schwycić ulotne wrażenie. I aby nic nie hamowało rzutu, którym będzie próbowała pochwycić to wrażenie, usuwam wszelką przeszkodę, wszelką obcą myśl, chronię uszy i uwagę od szmerów z poprzedniego pokoju. Ale czując że moja inteligencja nuży się bez jej rezultatu, każę jej, przeciwnie zażyć dystrakcji, której jej odmawiałem, myśleć o czym innym, skrzepić się przed ostateczną próbą.”

Rzeczy budują gmach wspomnień:

„Ale kiedy po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia”

Od herbaty do wspomnienia miasteczka:

„I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając się w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie z Vivonne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty.”

II ROZDZIAŁ. 

Zaczyna się od ilości pobytu u cioci Leoni. Ale później jest lepiej. Szczególnie wszechstronny opis kościoła w Combray. Inny o poranku, inny wieczorem gdy latają wokół niego ptaki. 

Robi się klimatycznie. Również opis kopuły dominującej nad Paryżem. 

Cała moc tej książki to opis rzeczywistości i opis jak działa myśl i świadomość.

Niesamowite.

„Kiedy widziałem jakiś przedmiot, świadomość że go widzę, pozostawała między mną a nim, okalając go wąską obwódką duchową, która nie pozwalała mi nigdy bezpośrednio dotknąć jego materii; ulatniała się niejako, zanim z nią wszedłem w styczność, tak jak rozżarzone ciało, które zbliżymy do mokrego przedmiotu nie dotyka jego wilgoci, ponieważ zawsze poprzedza je strefa pary. Podczas gdym czytał, świadomość rozwijała na wielobarwnym ekranie równoczesne a różne stany duszy, idące od najgłębiej we ukrytych popędów aż do całkowicie zewnętrznej wizji widnokręgu, który miałem przed oczami na skraju ogrodu; ale czymś najbardziej we mnie osobistym, wnętrzem, rękojeścią w bezustannym ruchu, która poruszała wszystkim innym, była moja wiara w filozoficzne bogactwo, w piękno książki, którą czytałem, oraz żądza przyswojenia sobie tego piękna bez względu na rodzaj książki.”

I kolejny świetny cytat o przeżywaniu światów wykreowanych. Szczególnie tych wykreowanych w powieści:

” Ale wszystkie uczucia, które w nas budzi radość lub niedola osobistości realnej, rodzą się w nas jedynie za pośrednictwem obrazu owej radości lub niedoli. Pomysłowość pierwszego powieściopisarza polegała na zrozumieniu, że w aparacie naszych wzruszeń obraz jest jedynym istotnym czynnikiem, uproszczenie zaś, które by polegało na całkowitym usunięciu realnych osób, byłoby najwyższym udoskonaleniem. Istota rzeczywista, choćbyśmy najgłębiej z nią sympatyzowali, w znacznej części udziela się nam przez nasze zmysły, to znaczy zostaje dla nas nieprzeźroczysta, przedstawia martwy ciężar, którego nasza wrażliwość nie może podnieść. Skoro ją ugodzi nieszczęście, zdoła nas ono wzruszyć jedynie w małej cząstce całkowitego pojęcia, jakie mamy o niej; co więcej, i ona zdoła się nim wzruszyć jedynie w cząstce całkowitego pojęcia, jakie ma o sobie. Wynalazkiem powieściopisarza był pomysł, aby zastąpić owe nieprzenikliwe dla duszy części przez odpowiednią ilość części niematerialnych, to znaczy tych, które nasza dusza może zasymilować. Cóż znaczy z tą chwilą, czy uczynki, wzruszenia tych nowych istot wydadzą się nam prawdziwe, skorośmy je wcielili w siebie, skoro się spełniają w nas i, podczas gdy obracamy gorączkowo karty książki, trzymają w swej władzy szybkość naszego oddechu i napięcie wzroku. I skoro raz powieściopisarz wprawił nas w ten stan, w którym jak we wszystkich czysto wewnętrznych stanach wszelkie wzruszenie jest zdziesięciokrotnione, w którym książka wzrusza nas na kształt snu, ale snu jaśniejszego niż te, które przeżywamy śpiąc i trwalszego we wspomnieniu, wówczas rozpętuje w jednej godzinie wszystkie możliwe szczęścia i nieszczęścia. W życiu musielibyśmy je nieraz poznawać w ciągu wielu lat; — najsilniejsze nigdy by się nam nie uświadomiły, ponieważ powolność, z jaką się przejawiają odbiera nam ich poczucie. I tak nasze serce odmienia się w życiu i to jest największy ból; ale poznajemy ten ból jedynie w czytaniu, w wyobraźni; w rzeczywistości odmienia się ono tak, jak spełniają się niektóre zjawiska natury, na tyle wolno, iż, o ile możemy stwierdzić kolejno każdy z rozmaitych stanów, w zamian za to poczucie samej zmiany umyka się nam. „

Wszystko co nas wzrusza, przeraża i raduje dzieje się za pośrednictwem obrazu.

To co widzimy, albo to co czytamy w książce.

Wszystko trafia do nas tymi samymi kanałami zmysłowymi.

Idealizujemy miłość do kobiety w wieku nastoletnim.  Spełniona miłość w tym wieku, do JEDNEJ jest synonimem pełni szczęścia.

To odczuwał Marcel gdy samotnie chodził po lasach:

” Ale błądzić tak w lasach Roussainville bez dziewczyny, którą bym mógł całować, to znaczyło nie poznać ukrytego skarbu tych lasów, ich głębokiej piękności. Ta dziewczyna, którą wyobrażałem sobie spowitą w liście, sama była dla mnie niby miejscowa roślina, wyższego jedynie gatunku od innych, pozwalająca dzięki swojej budowie lepiej wniknąć w głęboki smak ziemi. Wierzyłem tym samym, że pieszczoty jej byłyby też odrębnego gatunku, tak że słodyczy ich nie mogłaby mi dać poznać żadna inna. Mogłem w to wszystko uwierzyć bez trudu; byłem jeszcze w wieku, kiedy nie oddziela się samego owego szczęścia od rozmaitych kobiet, z którymi się go zaznało; kiedy się go nie sprowadza do ogólnego pojęcia, pozwalającego odtąd uważać kobiety za wymienne narzędzia zawsze tożsamej rozkoszy. „

Ludzie nie przeżywają uniesień emocjonalnych w tych samych momentach (poza rzadkimi momentami typu śmierć papieża czy katastrofa smoleńska)

I to zauważył Marcel gdy ogrodnik którego mijał odpowiedział mu bez zapału na „dzień dobry”:

odpowiedział bez zapału na moje: „piękna pogoda, prawda, dobry spacer”, z czego zrozumiałem, że wzruszenia nie powstają równocześnie, wedle ustalonego porządku, jednakie u wszystkich ludzi.

Jak rodzi się gust w człowieku i umiłowanie do piękna? Czy musimy w naszym aparacie pojęciowym imitować już to piękno zawczasu (R. Girard’s memetic theory)?

” Były przekonane, że dzieciom trzeba dawać zawczasu te dzieła sztuki, które, doszedłszy do wieku rozeznania, człowiek ma podziwiać ostatecznie, i że dowodem smaku jest poznać się na nich od razu. Widocznie wyobrażały sobie, że zalety estetyczne są jak przedmioty materialne, które otwarte oko musi spostrzec, nie potrzebując wyhodować powoli we własnym sercu ich odpowiedników. „

Człowiek jest tak podłą istotą że przyzwyczai się do wszystkiego, pisał Dostojewski.

A Proust pisze że nawet najszlachetniejsze człowiek może zżyć się z występkiem i grzechem, gdy chodzi o kogoś bliskiego.

„Nie ma może istoty, bodaj najświętszej, której splot okoliczności nie mógłby doprowadzić do zżycia się z występkiem. Może go potępiać najbardziej stanowczo, — nie poznając go zresztą całkowicie w kostiumie poszczególnych faktów, jaki przybiera, aby się jej narzucić i zadać jej ból: dziwaczne słowa, niewytłumaczone zachowanie się któregoś wieczora u kogoś, kogo skądinąd ma się tyle przyczyn kochać!”

Nasze wierzenia, i chyba przekonania mają to do siebie że są bardzo odporne na fakty.

„Fakty nie wnikają w świat, w którym żyją nasze wierzenia; nie zrodziły ich i nie niszczą. Fakty mogą zadawać wierzeniom kłam, nie osłabiając ich, tak jak potop nieszczęść lub chorób może nawiedzać bez przerwy jakąś rodzinę, nie każąc jej zwątpić o dobroci Boga lub o wiedzy lekarza”

Jest wątek o sadyzmie i miłość lesbisjkiej panny Vinteuil. I tak najbardziej jest przejmujący moment gdy „koleżanka” tej panny chce opluć obraz dopiero co zmarłego jej ojca. Nie ma szczegółów dramy, czemu go tak nienawidziła, ale jest coś dziwnego w tej scenie.

Moment zwątpienia Prousta – „czy ja w ogóle posiadam jakiś talent?”

Zdawało mi się wówczas, że istnieję w taki sam sposób jak inni ludzie; że się zestarzeję, umrę jak oni i że po prostu tylko należę do tych, którzy nie mają talentu. Toteż zniechęcony wyrzekałem się na zawsze literatury, mimo zachęty, jakiej mi nie szczędził Bloch. To wewnętrzne, bezpośrednie poczucie własnej nicości przeważało wszystkie pochlebne słowa, jakie mi się zdarzało słyszeć, tak jak wyrzut sumienia nurtuje złego człowieka, podczas gdy wszyscy chwalą jego dobre uczynki.

Usilne próby poczucia weny twórczej. Szczególną blokadę twórczą łapał Proust kiedy starał się znaleźć „wielki filozoficzny temat” utworu który miał stworzyć. Paraliżowało go to i wpędzało w smutek – nie czuł że może stać się prawdziwym pisarzem:

O ileż od owego dnia w spacerach moich w stronę Guermantes wydało mi się jeszcze boleśniejsze niż dawniej nie mieć talentu i musieć się na zawsze wyrzec pisarskiej sławy! Żal, jakim mnie to przejmowało wówczas, gdym został sam, marząc trochę na uboczu, przyprawiał mnie o takie cierpienie, że, aby go nie czuć dłużej, duch mój — sam z siebie, przez rodzaj samoobrony wobec bólu — zaprzestawał całkowicie myśleć o wierszach, o powieściach, o przyszłości poetyckiej, na którą mój brak talentu zabraniał mi liczyć. Wówczas całkiem poza tymi zainteresowaniami i nie wiążąc się z nimi niczym, nagle jakiś dach, blask słońca na kamieniu, zapach przydrożny kazały mi się zatrzymać dla osobliwej przyjemności, jaką mi dawały; zdawało mi się zarazem, iż poza tym, co widzę, kryją one coś, do czego mnie zapraszają i czego mimo wysiłków nie mogę odkryć. Ponieważ czułem, że to znajduje się w nich, stałem w miejscu, nieruchomy, patrząc, oddychając, starając się wyjść myślą poza obraz lub zapach. I jeżeli mi trzeba było dogonić dziadka, iść dalej, starałem się odnaleźć je, zamykając oczy, siliłem się przypomnieć sobie dokładnie linię dachu, barwę kamienia, które — nie umiałem powiedzieć czemu — zdawały mi się przez chwilę pełne, gotowe się rozchylić, wydać mi to, czego były jedynie pokrywą. Z pewnością tego rodzaju wrażenia nie mogły mi wrócić nadziei zostania kiedyś pisarzem i poetą, bo były zawsze związane z poszczególnym przedmiotem, pozbawionym wartości intelektualnej i nieskojarzonym z żadną oderwaną prawdą. Ale przynajmniej dawały mi przyjemność niewyrozumowaną, złudzenie jakiejś płodności i tym samym wyrywały mnie nudzie, poczuciu własnej bezsilności, jakiego doznawałem za każdym razem, kiedym szukał filozoficznego tematu do wielkiego literackiego dzieła. Ale uczucie obowiązku, który mi nakładały owe wrażenia kształtu, zapachu lub barwy, każąc mi dotrzeć do tego, co się kryje za nimi, było tak ciężkie, że rychło zacząłem szukać wymówek, które by mi pozwoliły umknąć się tym wysiłkom i oszczędzić sobie tego mozołu.

Plot-twist i koniec części pierwszej – tak naprawdę cała część pierwsza to wspomnienia Prousta, który siedzi w swoim mieszkaniu w Paryżu i wspomina wycieczki za młodu do Combray. A wszystko zaczyna się od zapachu magdalenki? Lol.

Część druga

Preludium części drugiej mówi o jeszcze wcześniejszych wspomnieniach niż część pierwsza.

Tym razem poznajemy jak Swann poznał swoją starą?

Więc zaczyna się od opisu imprezek u „bohemy”. Czyli rodzinka Verdurin i jak tam dostał się Swann.

Wygląd Swanna – rudy, szerokie czoło, trochę siwawych włosów, zielony oczy?

Chodził na dziwki, co zdradziła jego niepewność gdy siedział u rodziny Verdurin i ten dziwny lekarz Cottard się dziwnie do niego uśmiechał

Swann jest światowcem, trochę kobiet miał, więc ta jego miłość jaka rodziła się do Odety to taki szablon i powtórka poprzednich miłości które już przeszedł.

BTW Proust niesamowicie rozkłada na czynniki pierwsze każdą osobę i sytuację na imprezkach. Niesamowity obserwator ludzi, którzy pisze analizę w płaszczu poetyckiej prozy.

Swann chciał imponować niższym od siebie:

„Trzy czwarte wysiłków i kłamstw z próżności, wyprodukowanych od czasu, jak świat istnieje (i to najczęściej z odwrotnym skutkiem), popełnia się na intencję niższych od siebie. I ten sam Swann, prosty i bezceremonialny z jakąś księżną, kiedy miał do czynienia z pokojówką, drżał, że się „nie wyda”, pozował.

O percepcji miłości, gdy nie jesteśmy już nastolatkami i nową miłość jest wynikową tych poprzednich:

„W tej epoce życia poznaliśmy już kilkakrotnie miłość; nie rozwija się ona sama, wedle swoich własnych, nieznanych i nieubłaganych praw, wobec naszego zdumionego i biernego serca. Przychodzimy jej z pomocą, fałszujemy ją pamięcią, sugestią. Poznając jeden z jej symptomów, przypominamy sobie, wskrzeszamy inne. Ponieważ znamy jej pieśń, zapisaną w nas w całości, aby znaleźć dalszy ciąg, nie potrzebujemy, żeby nam kobieta zanuciła jej początek — zastąpiony podziwem zrodzonym z piękności. A jeżeli zacznie ją w środku, tam, gdzie serca są już blisko, gdzie mówi się o stopieniu dwojga istnień — znamy tę melodię na tyle, aby natychmiast dopaść naszą partnerkę w momencie, w którym nas oczekuje.”

W dalszej części rozdziału poznajemy dokładniej obsesyjną miłość Swanna do Odety. Szczególnie ciekawie robi się w momencie kiedy wypraszają go z towarzystwa Verdurin i musi w inny sposób utrzymywać swój związek z panną De Crecy.

I tu jest najciekawiej – pokazane pięknie stadium chorobliwej zazdrości, napędzającej jeszcze silniejszą miłość i kolejną zazdrość. Miłość i nienawiść do Odety, niczym wahadło.

Obsesja, chorobliwa zazdrość, zobojętnianie ukochanej

Inni wreszcie, również kolosalni, stali na monumentalnych schodach, którym ich dekoracyjna i marmurowa nieruchomość mogły, jak schodom pałacu dożów, zyskać nazwę: „Schody Olbrzymów”. Swann wstępował na nie ze smutną myślą, że Odeta nigdy nie szła tamtędy. Ach! Z jakąż rozkoszą byłby się zamiast tego wspinał na ciemne, śmierdzące, karkołomne schody krawcowej, na której piątym pięterku z radością opłacałby drożej niż abonament w Operze prawo spędzania wieczoru w czasie wizyty Odety, a nawet w inne dnie, aby móc mówić o niej, żyć z ludźmi, których ona zwykła była widywać w jego nieobecności i którzy przez to samo ucieleśniali dla Swanna bardziej rzeczywistą, niedostępną i tajemniczą część życia kochanki

Fascynujące studium jako ukochana robi sobie coraz więcej girls night out, a zakochany mężczyzna przeanalizowywuje każdy jej ruch, śledzi tysiące potencjalnych śladów prowadzących do przystanku „POTWIERDZONA NIEWIERNOŚĆ”. Strony 346-371 znakomicie opisują cierpienia zazdrosnego człowieka który zmaga się z coraz bardziej obojętną ukochaną. Wiele fragmentów które niemal 1:1 odnoszą się do mojego życia.

Nietypowe wyznanie i akceptacja

Strona 398-424 pokazują stadium dogorywania związku odety i swanna. Przychodzi anonimowy list do Karola Swanna, w którym mowa o tym jak Odeta była rozwiązła i miała romanse z kobietami. W końcu Swann sam o to pyta Odety i powoli cedzi ona jemu prawdziwe historie o romansach z kobietami. To są ostatnie gwoździe do trumny związku Swanna z Odetą.

Ale na samym końcu tego fragmentu dochodzi do niespodziewanego zwrotu akcji. Swann spotyka na mieście doktorową Cottard, ucinają sobie smalltalka i w czasie tych rozmów doktorowa mówi o tym jak pochlebnie się wypowiada Odeta u Verdurinów o Swannie. Jak zastanawia się o czym by on myślał. I że on jest jej najszczerszym przyjacielem.

I wtedy dociera do Swanna chyba to wszystko na nowo. Gaśnie dzika miłość która gdzieś tam się tliło. Budzi się jakieś postrzeganie przyjaźni? Friends with benefits z Odetą?

Stracony czas

Głównym motywem książki okazuje się być stracony czas. Nawet jeśli wracamy do tych samych miejsc to one już nie są takie same jak były wcześniej. Panta rhei.

Rzeczywistość, którą znałem — nie istniała już. Wystarczało, że pani Swann nie zjawiła się zupełnie taka sama, w tej samej chwili, aby aleja stała się inna. Miejsca, któreśmy znali, należą nie tylko do świata przestrzeni, w który wstawiamy je dla większej wygody. Były one jedynie cienką warstwą pośród ciągłości wrażeń, tworzących nasze ówczesne życie; wspomnienie jakiegoś obrazu jest jedynie żalem za pewną chwilą; i domy, drogi, aleje są ulotne, niestety, jak lata.

To jest motyw przewodni chyba wszystkich tomów. Utracony czas który fetyszyzujemy przez przywiązanie do wspomnień. Zwłaszcza gdy stajemy się starsi mitologizujemy te wielkie połacie rzeczywistości która jest już za nami.

Trzecia część „W stronę Swanna” jest najkrótsza i najbardziej zaskakujące. Podmiot liryczny (Marcel?) opisuje pobyt w Paryżu i niespełnioną miłość do Gilberty, córki Swanna, którą jeszcze kiedyś spotkał w Combray (w pierwszej części). Ta niespełniona miłość do złudzenia przypomina perypetie Swanna i Odety. A odnośnie Swanna – paradoksalnie okazuje się że Swann i Odeta kończą jako małżeństwo, mimo iż wcześniej tekst sugerował że jednak Odeta była stracona i Swann „zeswatał się” z panią Cambrere, czy jakoś tak jej było.

—-

Wspaniała książka. Fantastyczny kawałek beletrystyki – jakże różny od literatury amerykańskiej (Zabić Drozda, Buszujący w Zbożu), rosyjskiej (Bułhakow, Dostojewski) czy polskiej. Każdy kraj ma swój klimat. Idealnie czytać w oryginale, ale nawet w tłumaczeniu dobrze jest poznawać literaturę z całego świata i to dobrze przetłumaczoną.